 Na początku lutego prezydent miasta odwołał ze stanowiska komendanta Straży Miejskiej Andrzeja Grzegorzka. Ta ostra decyzja sprowokowała wiele spekulacji na temat prawdziwych przyczyn dymisji. Dla jednych Jacek Krywult usuwa kontrowersyjnych urzędników, oczyszczając sobie przedpole przed wyborami samorządowymi. Inni twierdzą, że Grzegorzek jest bohaterem afery korupcyjnej, którą zajmuje się CBA.
Przez minione 14 lat Grzegorzek nauczył się poruszać po polu minowym, jakim jest praca na stanowisku szefa straży miejskiej. Jest to zajęcie niezwykle ryzykowne, o czym codziennie przekonują się jego odpowiednicy w innych miastach kraju. Straż miejska otrzymuje coraz szersze kompetencje, a Polacy na ogół nie kochają instytucji uprawnionych do wymuszania posłuchu. Dlatego chyba każdy komendant straży nadepnął na odcisk możnym mieszkańcom swego miasta. W podobnych sytuacjach szefa policji chroni pragmatyka służbowa. Komendant zaś jest podwładnym urzędnika, który co cztery lata ubiega się o reelekcję.
W ciągu tych kilkunastu lat zdarzyło się wiele sytuacji, gdy stanowisko Grzegorzka było mniej lub bardziej zagrożone. Na początku lutego br. jednak dymisja stała się faktem. Ratusz przez długi czas nie chciał ujawnić zarzutów, które legły u podstaw decyzji Krywulta. Prześcigano się w domysłach, które tworzyły obraz rzekomej korupcji towarzyszącej przetargowi na budowę monitoringu na os. Karpackim.
Ostatnio, na prośbę naszego portalu rzecznik prezydenta Tomasz Ficoń przeszedł do konkretów, reasumując wyniki kontroli przeprowadzonej przez wydział audytu wewnętrznego i kontroli UM. Wydział zainteresował się Strażą Miejską po informacjach prasowych opisujących rzekome łapownictwo podczas przetargów publicznych. Okazuje się więc, że to dziennikarze zainspirowali kontrolerów, a nie odwrotnie.
- Kontrolerzy stwierdzili istotne nieprawidłowości w organizacji dwóch przetargów: w roku 2008 i 2009 - tłumaczył nam Ficoń. - Najbardziej wadliwy był ubiegłoroczny, na monitoring os. Karpackiego. Uczestniczyła w nim tylko jedna firma - Komes. Kontrolerzy stwierdzili, że dostarczona przez nią dokumentacja była niezgodna ze specyfikacją. Jeżeli oferta nie spełnia formalnych warunków, to organizator powinien unieważnić przetarg. Tak się jednak nie stało.
Komisja przetargowa wystąpiła do spółki Komes o uzupełnienie oferty, lecz druga, poprawiona wersja nie różniła się w istocie od pierwszej. Komendant jednoosobowo zaakceptował jednak tę złą ofertę. Oceniając zaistniałą sytuację pod względem formalnym, kontrolerzy z UM podkreślają, że Grzegorzek nie złamał prawa. Jako szef straży mógł podjąć taką decyzję.
W toku kontroli zwrócono również uwagę na wyznaczony przez organizatora stosunkowo krótki termin złożenia oferty przetargowej. Kontrolerzy uznali, że opisanych warunków nie mogłaby spełnić żadna firma, która nie byłaby wcześniej przygotowana do realizacji takiego kontraktu. Na wszystkie czynności związane z przedsięwzięciem uczestnicy przetargu mieli dwa miesiące. Tymczasem, jak obliczyli specjaliści z Ratusza, tylko realizacja tego rodzaju zamówienia trwa miesiąc. Nikt przecież nie przechowuje kamer i oprzyrządowania w biurze. Decyzje Grzegorzka związane ze skracaniem terminu można różnie oceniać pod względem moralnym, lecz także w tym zakresie jego postępowanie mieściło się w granicach prawa.
Zapytaliśmy Ficonia o to, czy przy podejmowaniu decyzji w sprawie dymisji prezydent brał pod uwagę duże doświadczenie Grzegorzka w organizowaniu przetargów i jego dotychczasową doskonałą opinię. Być może, mimo wad formalnych oferty, Komes gwarantował optymalne dla Ratusza warunki realizacji inwestycji na os. Karpackim. - Działalność uznaniowa jest możliwa w prywatnej firmie - usłyszeliśmy w odpowiedzi. - Nas, urzędników obowiązuje prawo.
Andrzej Grzegorzek był wielokrotnym reprezentantem Polski i mistrzem kraju w judo. Przez lata kariery zawodniczej opanował filozofię, która rządzi wschodnimi sztukami walki. Jest to umiejętność trafnego przeglądu sytuacji oraz szacunek dla przeciwnika. Dlatego ma pretensje do dziennikarzy, którzy bezzasadnie zrobili z niego bohatera wielkiej afery korupcyjnej. Nawet menele w bielskich knajpach mówią dziś głośno, że Grzegorzek się obłowił na przetargu. Padają różne kwoty, od kilkudziesięciu tysięcy do setek tysięcy złotych.
- W fazie wstępnej przetargiem interesowało się ok.10 firm - argumentuje zdymisjonowany komendant - To nie moja wina, że ostatecznie na placu boju został tylko Komes. Nikomu niczego nie obiecywałem i nie dawałem żadnych gwarancji. Pracowałem uczciwie przez całe życie.
Grzegorzek twierdzi, że krótki termin na złożenie oferty wynikał z chęci zaoszczędzenia czasu, który byłby potrzebny do rozpatrzenia ewentualnych protestów zgłoszonych przez przegranych oferentów. Zależało mu na jak najszybszej instalacji monitoringu na Karpackim. Aby jego mieszkańcy mogli czuć się bezpieczniej. Na tę inwestycję w budżecie przewidziano odpowiednie środki. W tegorocznym budżecie zaś pieniędzy już nie ma. B. szef straży przyznaje jednak, że być może popełnił błąd, gdy akceptował „poprawioną” ofertę spółki. Ocenę swego postępowania pozostawia specjalistom zajmującym się problemami dyscypliny budżetowej.
Wygląda na to, że instytucje odpowiedzialne za kontrolę przestrzegania prawa w naszym kraju nie znalazły jak dotąd dowodów, przy pomocy których można oskarżyć b. szefa Straży Miejskiej o popełnienie przestępstwa. Wbrew temu co pisali niektórzy dziennikarze, postępowania w tej sprawie nie prowadzi Centralne Biuro Antykorupcyjne. Odnosząc się do rewelacji, jakoby CBA deptało Grzegorzkowi po piętach, rzecznik biura Jacek Dobrzyński powiedział naszemu portalowi: - Agenci CBA weryfikują jedynie pewne informacje uzyskane w toku wykonywanych czynności służbowych. (Bielscy) strażnicy miejscy nie byli w CBA przesłuchiwani.
Robert Kowal
|