Życiorys Mariana Kasprzyka jest tak barwny, że na film fabularny nakręcony w latach 60. na kanwie jego życiorysu przychodziły do kin tłumy. Jego rolę w filmie „Bokser” odgrywał Daniel Olbrychski. Dziś złoty medalista igrzysk z Tokio jest na rencie olimpijskiej i wiedzie mu się całkiem dobrze. Swoje szczęście odnalazł w Bogu.
 
Pana Mariana nie było trzeba długo namawiać do rozmowy z naszym portalem. Mistrz olimpijski z Tokio jest wyjątkowo pogodnym, otwartym i żwawym starszym panem. Na spotkanie umówiliśmy się w jednym z lokali przy placu Chrobrego, gdzie byłego pięściarza można zobaczyć najczęściej. W tym miejscu spotyka się ze swoimi znajomymi. - Od piątej rano do północy mój grafik jest wypełniony - śmieje się Kasprzyk. Uścisk dłoni 71-latka jest nadal silny. Jego prawa dłoń jest twarda niczym kamień, a przecież i lewą położył niejednego rywala.
 
Nienagannie przystrzyżony wąsik
 
Marian Kasprzyk rozpoczynał karierę w Sparcie Ziębice i od razu został rzucony na głęboką wodę. Po dwóch treningach, stoczył pierwszą walkę. Wygrał. Miał wtedy zaledwie 15 lat. W kolejnych starciach toczył boje z czołowymi pięściarzami Dolnego Śląska. Mało wówczas brakowało, żeby stawiający pierwsze kroki na ringu Kasprzyk porzucił boks na rzecz futbolu. Jako piłkarz także nieźle się zapowiadał.
 
 - W boksie było dużo niesprawiedliwości, często krzywdzili mnie sędziowie - wspomina pan Marian. - Do pozostania w ringu namówił mnie ówczesny trener. Później przyszło kilka zwycięskich walk i znalazłem się w czołówce. W Ziębicach była druga liga i jako junior wygrywałem z niezłymi zawodnikami. Może nie byłem pewnym punktem drużyny, ale można było już na mnie liczyć w ligowych starciach.
 
W 1958 r. Kasprzyk trafił do Bielska-Białej. Do BBTS ściągnięto go po znakomitej walce, jaką stoczył z niemieckim pięściarzem Voigtem. Swoją pierwszą walkę w pierwszej lidze Kasprzyk wygrał. Jego przeciwnikiem był brązowy medalista z Melbourne, Henryk Niedźwiecki. Po tym spektakularnym zwycięstwie, pan Marian trafił do kadry Feliksa Stamma, który od razu dostrzegł w młodym zawodniku materiał na wielkiego pięściarza.
 
W tamtym czasie Kasprzyka poznała cała sportowa Polska. Szybko okrzyknięto go „polskim Laszlo Pappem” nie tylko ze względu na podobny, nienagannie przystrzyżony wąsik. - Po prostu byliśmy podobni fizycznie, choć on był minimalnie wyższy. Walczyliśmy w bardzo podobnym stylu - wyjaśnia Kasprzyk.
 
30 dolarów za złoto olimpijskie
 
Na swoje pierwsze igrzyska olimpijskie bokser bielskiego BBTS pojechał w 1960 roku. Kategorie wagowe, w których startował (lekkopółśrednia i półśrednia) były wyjątkowo silnie obsadzone, bo walczyli w niej jeszcze tacy mistrzowie, jak Leszek Drogosz czy Jerzy Kulej. Do Rzymu pojechał jednak Kasprzyk.
 
 - W 1960 roku na mistrzostwach Polski w Warszawie przegrałem po wyrównanej walce z Jurkiem Kulejem - opowiada Kasprzyk . - Po zawodach przyszedł do szatni jakiś człowiek, aby zrobić mi przymiarkę do garnituru. Pytałem - po co to? Przecież Jurek pojedzie na igrzyska... Odpowiedzieli, że przymiarka się przyda. I wtedy już coś mi zaświtało.
 
Okazało się, że intuicja po raz kolejny nie zawiodła legendarnego „Papy” Stamma. Zawodnik BBTS wywalczył w Rzymie brąz, a mogło być jeszcze lepiej, gdyby nie kontuzja, jakiej doznał w starciu z Ormianinem w barwach ZSRR, Władimirem Jengibarianem.

 
Przed jego drugimi igrzyskami olimpijskimi także nie obyło się bez przygód. „Polski Papp” trafił do... więzienia za pobicie milicjanta. Otrzymał też dożywotnią dyskwalifikację na wszystkie dziedziny sportu. Gdy dostał powołanie na zgrupowanie kadry, nie mógł uwierzyć. - Początkowo myślałem, że to żart - mówi Kasprzyk. - Na zgrupowaniu sparowałem z dwoma niezłymi zawodnikami. Obaj potraktowali te treningi bardzo poważnie i musiałem podjąć ostrą walkę. Obu znokautowałem i wtedy rozpoczęła się walka o przywrócenie mnie do sportu.
 
Dyskwalifikację anulowano, po czym rozpoczął intensywny trening. Udało mu się wygrać rywalizację z samym Leszkiem Drogoszem i wyjechać do Tokio. Znów nie zawiódł. Ze złamanym palcem, w walce o złoto pokonał ówczesnego mistrza Europy Ricardasa Tamulisa.
 
 - Za złoty medal w Tokio otrzymałem w kraju premię w wysokości 30 dolarów. Kiedy poszliśmy ze znajomymi uczcić moje „złoto”, zamówiłem „dwie kolejki” i z dolarów nie pozostał nawet ślad. Później dostałem z zakładu pracy mieszkanie. Klub dorzucił jeszcze 10 tys. zł na meble. Jako pracownik Belosu zarabiałem niewiele, bo 1500-1700 zł.
 
Największe życiowe zwycięstwo
 
Po zakończeniu kariery w 1976 roku, przez kolejne 15 lat był trenerem. W 1992 roku poważnie zachorował. - Nie miałem żołądka i przełyku, byłem „pusty” w środku - zwierza się Kasprzyk. - Po operacji, nie mogłem długo usiedzieć i już miesiąc po wyjściu ze szpitala trenowałem karate. Choroba pozwoliła mi odmienić życie w jeszcze innym wymiarze. Teraz mogę śmiało stwierdzić, że moim największym życiowym zwycięstwem był powrót do Pana Boga. Wprawdzie wierzący byłem zawsze, ale bez przesady. Troszeczkę się piło i różnie bywało...
 
Gdy zachorowała żona pana Mariana, postanowił ofiarować Bogu najcenniejszy sportowy skarb - złoto olimpijskie. Swoje trofeum złożył do skarbca klasztoru na Jasnej Górze. - Medal i sportowy sukces, to tylko chwilowa satysfakcja - wyjaśnia Kasprzyk. Od 18 lat były znakomity pięściarz stroni od szkodliwych używek z alkoholem na czele.

Dziś - jak sam podkreśla - żyje godnie. Przysługuje mu renta olimpijska (dokładnie: 2488,77 zł) za wywalczone krążki w Tokio i Rzymie. Nie zapominają o nim politycy z najwyższej półki. Nasz znakomity pięściarz niedawno był na śniadaniu u Jarosława Kaczyńskiego. - W ostatnich wyborach prezydenckich głosowałem za Kaczyńskim - zdradza swoje preferencje polityczne Marian. Kasprzyk nigdy nawet nie pomyślał, by wejść w świat polityki, jak to przed laty uczynił inny bielski mistrz ringu, Zbigniew Pietrzykowski. - Do polityki się nie nadaję, bo jestem zbyt ugodowym człowiekiem - uśmiecha się szczerze „polski Papp”.
 
Jako niedoszłego piłkarza, naszego dzisiejszego bohatera mocno zainteresował mundial w RPA. - Kibicowałem Brazylii! Niestety, zbyt wcześnie się wystrzelali i na Holandię zabrakło „armat”. Pomarańczowi byli po prostu lepsi. Później kibicowałem Niemcom. Chyba dlatego, że gra tam aż trzech Polaków. W sumie cieszę się, że ostatecznie wygrała Europa.
 
Paweł Hetnał