I wojna światowa miała się już ku końcowi. W hałcnowskim kościele wierność, uczciwość i wspólne życie aż do śmierci obiecali sobie 23-letni Franciszek i 18-letnia Maria. Razem przeżyli prawie 20 lat, ale tego co działo się w tym czasie nie można było przewidzieć w najczarniejszych scenariuszach. Historię ich małżeństwa odnaleźliśmy w bielskim Archiwum Państwowym.

Lipiec 1935 roku. Do Sądu Okręgowego w Wadowicach wpływa prośba 35-letniej Marii O., żony Franciszka, która opisuje dramat swojego małżeństwa. „W krótkim czasie po ślubie zaczynał pozwany mnie w bestialski sposób katować” - pisała kobieta, przedstawiając siebie jako ofiarę brutala.

Pilna sprawa w sądzie

Pani Maria twierdziła, że mąż żądał od niej, aby poddawała się niekonwencjonalnym stosunkom cielesnym. Gdy próbowała odmówić, była bita do nieprzytomności. Powódka zeznała, że Franciszek wielokrotnie wynajmował ludzi, którzy mieli ją otruć. Sprawa jako pilna natychmiast trafiła na wokandę wadowickiego sądu.

W styczniu 1936 sąd postanowił, by przesłuchać aż dziesięciu świadków. Dodatkowo przeprowadzono wywiad w jednym z bialskich szpitali, w którym przez jakiś czas przebywała Maria. Kobieta była hospitalizowana po tym, gdy stanęła w obronie córeczki. Została wtedy pobita do krwi.

W aktach odnotowano liczne ucieczki kobiety od męża do domu rodziców i przyjaciół. W czasie 17-letniego pożycia było ich co najmniej kilkanaście. Jedna z sąsiadek, Anna Sz. zeznała, że pewnego razu Maria O. przybiegła od niej z płaczem, pokazując liczne sińce na piersiach. Sytuacja ta powtórzyła się jeszcze kilka razy. Pewnego zimowego dnia Franciszek miał pobić żonę tępym narzędziem w odwecie za ucieczkę z domu.

Obciążające zeznania siostry

Na dowód sąsiadka przypomniała sobie sytuację z ok. 1926 roku. Gdy przyszła odwiedzić małżeństwo O., by sprawdzić, czy wszystko jest w porządku, zobaczyła  powódkę leżącą na słomie ze związanymi z tyłu rękoma. Słysząc kroki jej męża, zdążyła tylko uwolnić z więzów kobietę i w strachu uciekła z ich mieszkania.

Natomiast zupełnie inny obraz małżeństwa nakreśliła siostra powódki, Katarzyna J. W protokole zapisano, że „zna powódkę jako swoją siostrę, iż już od najmłodszych lat jest z usposobienia osobą kłótliwą”. Świadek dodała, że Maria nie była zadowolona z męża nie dlatego, że ją bił, ale że, jak tłumaczyła, „mało z nią urzędował”. Ponoć Maria była kilkukrotnie widziana z nieznajomymi mężczyznami.

Zeznania złożył także najstarszy syn państwa O., Józef, który zaprzeczył jakoby pozwany bił swoją żonę. Wspominał tylko, że ojciec był niezadowolony z faktu, że kobieta chodzi po nocach do sąsiadki na plotki. Świadek przypomniał sobie wydarzenie z czerwca 1935 roku. Był wtedy w domu i usłyszał okrzyki ojca na podwórku. Gdy wybiegł na zewnątrz, zobaczył, że jakiś mężczyzna przydusza ojca do ziemi i bije prętem po głowie. Kiedy stanął w jego obronie, z domu wyszła matka. Spojrzawszy na bijących się mężczyzn, wzięła ciężki drążek i rzuciła się z nim na ojca i syna, którzy później trafili do szpitala z poważnymi obrażeniami głowy.

Oboje mieli wiele na sumieniu

Zapytana o to wydarzenie powódka wyjaśniła, że to Franciszek wszczął awanturę, a ona w strachu uciekła na kilka dni do sąsiadki. Kiedy po kłótni wróciła do domu, podczas dojenia krowy została kilka razy uderzona metalowym przedmiotem. W następstwie pobicia przez męża blisko dwa tygodnie spędziła w szpitalu.

Wśród akt sprawy znaleźliśmy zeznania pozwanego, który żalił się, iż kobieta była bardzo kłótliwa. Wielokrotnie popadała w konflikty z innymi osobami, co kończyło się w sądach. Pewnej zimy w ogóle nie mieszkała w domu, a gdy wróciła, była już w ciąży. Dziecko zaraz po narodzinach zmarło.

Jaki był finał tej skomplikowanej sprawy rozwodowej - nie wiadomo. Z dowodów zgromadzonych w procesie wynika jednak, że obie strony miały wiele na sumieniu. W jaki sposób sąsiedzi reagowali na tę gehennę? Jeden ze świadków zeznał, że „nie ich rolą było mieszanie się w kłótnie małżeńskie”.

Alan Jakman

Na zdjęciu tytułowym: Sąd Okręgowy w Wadowicach, fot. NAC, sygn. 1-B-573-2