Żar z nieba, ze dwa piwa i skok do zimnej wody na środku jeziora. Taki koktajl może skończyć się tragicznie! W tym sezonie na polskich akwenach utopiło się już blisko trzysta osób. W naszym rejonie, jak do tej pory, zanotowano tylko jeden wypadek śmiertelny na wodzie, ale dramatów nie brakuje. - Prawie każdego dnia wyciągamy kogoś z wody albo pomagamy doholować łódkę do brzegu - mówi doświadczony ratownik pełniący dyżury nad Jeziorem Żywieckim.

Do tragicznego zdarzenia - przypomnijmy - doszło tuż przed rozpoczęciem wakacji, w czerwcu. Wówczas to w Jeziorze Czechowickim w Gliwicach utonął zaledwie 17-letni chłopak. Razem ze znajomymi przyszedł odpocząć. Wszedł do wody popływać i już, niestety, żywy nie wypłynął.

Niebezpieczne wiry w wodzie

- Z wodą nie ma żartów - mówi znany w Beskidach ratownik WOPR, Jerzy Ziomek. - Ludziom wydaje się, że potrafią świetnie pływać i nieraz tak jest rzeczywiście aż nagle trafiają na wir bądź inne niebezpieczeństwo w wodzie i toną. Trzeba być ostrożnym i nigdy niepotrzebnie nie ryzykować.

Jerzy Ziomek pełni dyżury nad Jeziorem Żywieckim. Ratownik z wieloletnim doświadczeniem ma swoje spostrzeżenia co do kąpiących się i korzystających z łódek i żaglówek. - Poprawiło się - twierdzi nasz rozmówca. - I to znacznie. Na łódkach nie ma już ludzi pływających i popijających piwo, tak jak jeszcze ze dwa, trzy lata temu. Ludzie są na szczęście mądrzejsi, a i edukacja prowadzona przez WOPR czy media przynosi, widać, dobry skutek.

Właśnie spożycie alkoholu jest jednym z głównych powodów, że woda może zabrać nawet świetnych pływaków. Osoba pod jego wpływem ma gorszą koordynację ruchową, kłopoty z błędnikiem i zwiększone wyobrażenie o własnych umiejętnościach. A gdy jeszcze skacze rozgrzana do zimnej wody, o nieszczęście bardzo łatwo.

Ratowników jak na lekarstwo

W tym sezonie na Jeziorze Żywieckim nikt się nie utopił, lecz nie oznacza to, że nie dochodzi do sytuacji dramatycznych. - Prawie każdego dnia wyciągamy kogoś z wody albo pomagamy doholować łódkę do brzegu - mówi Jerzy Ziomek. - Poniekąd dlatego, że na wypoczynek przyjeżdża tutaj sporo osób, które dopiero uczą się pływać na żaglach. A nasze jezioro jest bardzo zdradliwe przez nieoczekiwane wiatry.

Tymczasem ratowników jest z roku na rok mniej. Obecnie dyżury pełni zaledwie kilku. - Kiedyś było to ponad dwudziestu ludzi - wspomina Jerzy Ziomek. - Teraz mamy na cały sezon 20 tys. zł na pensje, więc płacimy jakieś grosze no i nie ma chętnych. Właściwie jest to praca społeczna, można powiedzieć.

Tym bardziej więc uważajmy i nie dajmy się zwieść własnemu przekonaniu o nieomylności, bo prawda jest taka, że częściej topią się ludzie, którzy umieją pływać.

Kr