Pandemia koronawirusa przyśpiesza. Każdego dnia coraz więcej osób z Bielska-Białej i okolic zostaje skierowanych na kwarantannę z powodu kontaktu z zarażonym, do którego doszło w pracy, szkole czy też we własnym domu. Pandemia dotyka wielu naszych znajomych i przyjaciół. Spotkało to również naszego Czytelnika, który opowiedział nam, jak w praktyce wyglądają procedury związane z kwarantanną.

Jeden z Czytelników portalu, który zastrzegł sobie anonimowość, zdecydował podzielić się historią, w której obecnie się znalazł. Jak sam przyznaje, kilka dni temu czas stanął w miejscu, gdyż decyzją bielskiego sanepidu został objęty kwarantanną. Wszystko przez to, że jeden z domowników miał kontakt z osobą zakażoną.

Myślałem, że stroi sobie żarty

- To był zwyczajny dzień, nigdy bym nie spodziewał się, że stanie się coś tak nieprzewidzianego. Kiedy dotarłem do pracy, otrzymałem wiadomość od mojego ojca, który pracuje w jednej z większych spółek w Bielsku-Białej, że „prawdopodobnie” będzie musiał przejść testy na koronawirusa, ponieważ jeden z jego współpracowników ma wynik pozytywny.

W tamtej chwili nie wiedziałem co o tym myśleć. Mój tata ma specyficzne poczucie humoru, więc byłem pewien, że stroi sobie ze mnie żarty. Z drugiej strony zacząłem się zastanawiać kiedy ostatni raz rozmawiałem z ojcem twarzą w twarz. Pracujemy na inne zmiany i od kilku dni właściwie nie mieliśmy kontaktu. Godzinę później otrzymałem telefon z sanepidu. Pani po drugiej stronie słuchawki w szorstkich słowach skrytykowała mnie za to, że poszedłem do pracy podczas gdy ojciec razem z wieloma osobami z jego firmy zostali wysłani na kwarantannę.

Żadne tłumaczenia nie pomogły. Dostałem polecenie, aby natychmiast wracać do domu, z nikim się nie spotykać i tym samym zminimalizować ryzyko. Ta wiadomość spadła na mnie jak przysłowiowy grom z jasnego nieba. Niewiele myśląc, wyszedłem z budynku i wsiadłem do samochodu. Najgorsze były spojrzenia kolegów mijanych po drodze. Czułem się jakbym co najmniej wywołał jakieś ognisko epidemii i przyczynił się do śmierci tysięcy ludzi.

Telefon z policji z potwierdzeniem

Podczas tamtej rozmowy telefonicznej powiedziano mi, abym wysłał pismo do pracodawcy, w którym poinformuję, że zostałem objęty kwarantanną i będę nieobecny przynajmniej przez tydzień. Dotyczyło to nie tylko mnie, ale również mojej narzeczonej, dziecka i wszystkich pozostałych domowników. Dopiero po dotarciu do domu zacząłem myśleć, czy rzeczywiście to tak to ma działać.

Sam mam pisać pismo, żadnego potwierdzenia nie dostanę? A co gdybym nie miał internetu? Przecież na poczcie wysłać listu nie mogę. Chyba nie ma w tym kraju nakazu, aby każdy miał dostęp do sieci/komputera czy poczty elektronicznej? A co jeśli padłem ofiarą jakiegoś ponurego żartu? Przecież każdy może zadzwonić i podać się za pracownika inspekcji sanitarnej, tym bardziej, że nie przekazano mi żadnych instrukcji, jak mam dalej postępować.

Zostałem zdany sam na siebie. Rozmyślania nie dawały mi spokoju. Chciałem dowiedzieć się czegoś więcej i dlatego kilkukrotnie próbowałem połączyć się z sanepidem i infolinią covidową, ale bezskutecznie. Dopiero wieczorem otrzymałem kolejny telefon. Tym razem z policji, z potwierdzeniem, że wszystko to dzieje się naprawdę. Usłyszałem, że razem z całą rodziną mamy przez najbliższy tydzień nie wychodzić z domu, zainstalować sobie rządową aplikację na telefony komórkowe i stosować się do poleceń.

Wtedy strach zajrzał nam w oczy

Nikt nie powiedział, jak mamy przetrwać ten tydzień. Cud, że dwa dni wcześniej zrobiłem duże zakupy, bo wątpię, że policjanci podrzuciliby mi pieluchy dla dziecka, gdyby się skończyły. Najgorsze miało jednak dopiero nadejść. Wcześniej nie przejmowałem się zbytnio epidemią - jestem przecież młody, w pełni zdrowia, w życiu nie spodziewałem się, że to wszystko będzie tak blisko mnie i tak mocno odbije się na mojej rodzinie.

Na początku kwarantanny domowej czułem gniew. Nie rozumiałem do końca tego, co zaszło, żałowałem, że przepadną mi nadgodziny, że moje dziecko nie będzie mogło wyjść na spacer, że nie będziemy mogli normalnie funkcjonować. Nie wiedziałem czemu ta izolacja ma służyć, przecież wszyscy łącznie z ojcem czuliśmy się wtedy dobrze. Następnego dnia tata miał test na obecność wirusa. Zdziwiło mnie, że tylko on, gdyż w domu zamkniętych jest łącznie z nim sześć osób, ale nikt na moje pytania nie odpowiedział.

Wszystko wyglądało tak, jak jedna wielka prowizorka. Siedzieliśmy w czterech ścianach i żadne z nas nie wiedziało co tak naprawdę nas czeka. Nikt nie zadzwonił, nie sprawdzał czy przestrzegamy kwarantanny. Trzeciego dnia sytuacja zmieniła się diametralnie. Ojciec otrzymał wynik pozytywny. Wtedy strach zajrzał nam w oczy, szczególnie, że ma już swoje lata, a jakiś czas temu chorował na serce. Poza nim w domu są jeszcze wiekowi dziadkowie, no i dwuletnie dziecko.

Można skorzystać z teleporady

Nie było sensu izolować się nawzajem, było za późno. Sanepid zaczął podejmować bardziej zdecydowane działania, gdyż od czasu gdy dowiedzieliśmy się o wyniku, praktycznie dwa razy dziennie mamy pod domem radiowóz. Musimy wtedy wszyscy posłusznie stanąć w oknie i pomachać. Aplikację też musieliśmy założyć i na wezwanie wykonujemy polecenia w niej zawarte.

Póki co na szczęście wszyscy czujemy się w miarę dobrze. Gorzej z psychiką, bo ta już wysiada. W pierwszych dniach starałem się organizować jakoś czas, poświęcać go na rzeczy, na które zawsze go brakowało. Najbardziej żal mi ojca. Widać, że znosi to wszystko najgorzej. Być może czuje się winny, może martwi się swoim zdrowiem, bo był już moment, że poczuł się słabiej.

Dreszcze, stan podgorączkowy, nudności, wymioty. Kiedy zadzwoniliśmy do lekarza okazało się, że jeśli nie ma zagrożenia życia, można skorzystać z teleporady. Nikt przecież nie przyjdzie zbadać osoby z koronawirusem. Modlimy się, żeby to był tylko jednorazowy przypadek spowodowany stresem. Jedno jest pewne. Po dodatnim wyniku ojca raczej nie wyjdziemy z domu po upływie planowanego tygodnia. Pewnie będziemy musieli spędzić w zamknięciu jeszcze jakiś czas, ale znów nikt nas o niczym nie informuje.

***

Muszę przyznać, że po tym co nas spotkało przekonaliśmy się na własnej skórze, że wirus to nie „medialna ściema”. Może nie dotknąć każdego z nas, lecz każdy powinien na siebie uważać. Jeśli maseczka jest dla Ciebie oznaką zniewolenia, to jej nie noś, ale załóż ją ze względu na takich ludzi, jak mój ojciec. On nie chciał się zarazić. Mam teraz dużo czasu na refleksję i dochodzę do wniosku, że być może izolacja ma na celu większe dobro. Może innego wyjścia nie ma? Może chore społeczeństwo potrzebuje właśnie takiej nadzwyczajnej terapii.

Czytelnik