Mam od dość dawna teorię, może głupią, ale skoro mi dają miejsce, żeby się swoimi teoriami dzielić, to to zrobię. Dotyczy - nie będziecie zdziwieni - Podbeskidzia.

Dawno, dawno temu, gdy mecze Podbeskidzia oglądali tylko bielszczanie, a więc w czasach I-ligowych, była to drużyna, która potrafiła prowadzić grę. Przyjeżdżali do Bielska-Białej rywale i murowali bramkę, na co wszyscy narzekali, bo gra się trudno gdy 11 np. kluczborczan stoi w polu karnym i wybija piłki do przodu. Gdy Podbeskidzie grało na wyjeździe, to też potrafiło zdominować gospodarzy, a przynajmniej się ich nie bać. To było w odległych czasach I-ligowych. Do tego stopnia weszło to w krew bielskich zawodników, że gdy jechali na Lecha czy Wisłę, zamiast grzecznie stać i prosić o łaskę, strzelali delikwentom gole i generalnie grali z nimi otwarty futbol.

W ekstraklasie też tak miało być. Podbeskidzie miało grać dwoma napastnikami, miało grać kreatywnym Rogalskim i bocznymi pomocnikami, którzy bardziej pomagali w ataku niż w obronie. Pamiętam konferencję prasową przed sezonem, na Szyndzielni. Nie tylko dlatego, że była jedyną w moim życiu konferencją prasową na wysokości ponad 1000 m. n.p.m, ale też ze względu na słowa, które padły. Janusz Okrzesik: ?Skoro gramy w rozgrywkach o mistrzostwo Polski, to celem maksimum jest mistrzostwo Polski?. Marek Sokołowski: - Wniesiemy do ekstraklasy świeży, ofensywny powiew.

O ile w plan maksimum oczywiście nikt nie wierzył, o tyle w słowa Sokołowskiego już tak. Tamta drużyna z czasów awansu się z nikim nie witała, tylko od razu biła. Przypominało mi to fragment filmu ?Desperado?, w którym odbywają się walki w klatkach. Młody chłopak ? przed walką z doświadczonym ? wystawia rękę na powitanie, a zamiast tego dostaje nokautujący cios w twarz. Takie było Podbeskidzie do klęski w Bełchatowie.

Może to jakaś obsesja, ale ja przykre następstwa ówczesnego 0-6 widzę do dziś.

Wtedy Kasperczyka i wszystkich piłkarzy sprowadziło na ziemię. Pomyśleli, że w ekstraklasie jest jednak ekstra klasa i tu się trzeba bronić, nie można grać na wariata. Od tego meczu zmienił się skład, zmieniło się ustawienie, Cieśliński, który był jednym z dwóch napastników, musiał się żegnać, choć dziś byłby 10 razy lepszy niż Chrapek, Pawela, Żegleń czy Bartlewski. Rogalski trochę później też musiał się żegnać, choć był lepszy niż Urbany czy Kołodzieje. Wtedy to dało efekt, Podbeskidzie zrobiło swoje, utrzymało się w ekstraklasie, w podobnym stylu utrzymało się też w drugim sezonie ? z rzadka tylko przejmując inicjatywę jak z Pogonią Szczecin, Lechem w Poznaniu czy ostatnio z Koroną. Nauczyło się punktować w ekstraklasie, ale gdzieś bezpowrotnie straciło ten ofensywny rys. Trenerzy, którzy później przychodzili, raczej nie wyobrażali sobie, że z tymi zawodnikami można zagrać odważnie, że w tym szaleństwie jest metoda.

Tęsknię za tym. Jeśli Podbeskidzie dziś na coś liczy, to głównie na niesprawiedliwość futbolu. Ja też, widząc jak Jagiellonia partaczy sytuację za sytuacją myślałem, że zaraz się to zemści. Ale czasem jednak bywa tak, że zespół lepszy wygrywa. Trener Michniewicz ma bardzo dużo szczęścia, co można potraktować jako komplement, bo lepszy słaby trener (nie mówię, że on jest słaby!), który ma szczęście niż dobry trener, który szczęścia nie ma. Ale czasem to nie wystarczy. Czasem trzeba mieć argumenty czysto piłkarskie.

Uważam, że przynajmniej do meczów u siebie powinno się podchodzić w rytm słów Mr. Zooba. ?Mój jest ten kawałek podłogi, nie mówcie mi więc, co mam robić?. Powinno się wychodzić do rywala, a nie czekać na niego. Powinno się mu strzelać w mordę zanim zdąży się rozejrzeć. A tymczasem Podbeskidzie dziś nie tylko nie wyszło do rywala, ale w ogóle nie wyszło na boisko. Gdyby Rybansky był w tradycyjnej formie, Jagiellonia powinna w 20 minut osiągnąć wynik z meczu z Ruchem. Ladislav zagrał jednak dziś najlepszy mecz w Podbeskidziu. Oczywiście, dla niego standardy trzeba trochę odbijać. Złapałem się dziś na tym, że gdy Rybansky'emu postawiłem plusa za obroniony strzał, to Zajacowi postawiłbym minusa za odbicie piłki. To jednak nic dziwnego ? jak najgorszy uczeń raz dostanie piątkę, rusza to bardziej niż piątka prymusa.

W przerażającej większości meczów Podbeskidzie gra jak szaraczki. Wyglądają jak trusie, które boją się za głośno odezwać. Nie wierzą w swoje umiejętności, więc pałują do przodu. Nie wierzą, że można inaczej. Niesłusznie. Raz spróbowali zagrać inaczej i akurat wtedy wygrali, grając naprawdę dobrze. A potem wrócili do tego, co im najlepiej (nie) wychodzi.

Na minimalnego plusa zagrali dziś Rybansky i Pietrasiak, czyli mieli więcej zagrań nieudanych niż udanych. Reszta to żałość. Państwo Chrapkowie się na mnie latem obrażali, że napisałem, iż Podbeskidzie nie powinno go brać, ale niestety, utwierdzam się w przekonaniu, że jego obecny poziom bardziej predestynował go jednak do gry w BKS-ie niż w Podbeskidziu. Pawela niestety też gra dramatycznie.

Słówko należy się jeszcze Łukaszowi Żegleniowi. Chłopaczek wszedł do ekstraklasy i strzelił gola, zagrał kilka meczów, ale chyba mu się pomyliła kolejność. Dziś pierwsze co zrobił, to wyskoczył do Ugo Ukaha z gębą, a drugie co zrobił, to chamsko podeptał go po kolanie (oglądałem wiele powtórek i ? biorąc pod uwagę ich wcześniejsze starcie ? myślę, że z premedytacją). Miał wielkie szczęście, że sędziemu odcięło prąd i wyrzucił z boiska Nigeryjczyka, bo powinien był wywalić Żeglenia. Jeśli nie za to od razu, to chwilę później za bezsensowny atak nakładką w środku boiska. Znaj, koguciku, kolejność. I proporcje, bo gdyby Ukah chciał się z tobą bić, to wyglądałbyś jak Podbeskidzie dziś przy Jagiellonii.

I żeby ktoś nie pomyślał, że tym wpisem sieje defetyzm. Nie, myślę, że Podbeskidzie się w lidze utrzyma i to nawet bez większych problemów. Połączenie niesprawiedliwości futbolu ze szczęściem Michniewicza to pewnie wystarczająco, by zostać w lidze. Daję po prostu wyraz temu, że styl pt. ?Gol z dupy, a potem jakoś będzie? mnie zupełnie nie porywa.

Michał Trela (autor jest dziennikarzem SportSlaski.pl)