Jeśli uznać, że rozgrywki o mistrzostwo ekstraklasy odbywają się po to, by wyłonić mistrza ekstraklasy w jak najbardziej sprawiedliwy sposób, tzw. reforma jest zła.

Jeśli uznać, że rozgrywa się je po to, by wyłonić mistrza ekstraklasy w jak najbardziej atrakcyjnej walce, też jest zła.

Reforma ma jedną zaletę, którą ciężko podważyć - rozgrywa się więcej meczów. Tyle, że da się to osiągnąć na dziesięć innych sposobów.

Sprawiedliwa forma ekstraklasy ma pokazać, która drużyna od sierpnia do początku czerwca była najlepsza. Obecna forma pokazuje tylko, kto był najlepszy od sierpnia do początku kwietnia. Dlaczego drużyna, która świetnie zaczęła, ma być wyżej od drużyny, która świetnie finiszuje? Przecież taka np. Cracovia teoretycznie mogła mieć miażdżący finisz, siedem wygranych z rzędu w ostatnich kolejkach i awansować do europejskich pucharów. A tak jest skazana na dziewiąte miejsce. Z drugiej strony Górnik Zabrze, który miał świetny początek i koszmarny finisz nie może wypaść poza ósme miejsce. W sprawiedliwej formie rozgrywek seria zwycięstw powinna umożliwić awans tak wysoko jak tylko się da, a seria porażek spadek tak nisko jak tylko się da. W niesprawiedliwej formie wprowadza się szklane sufity i podłogi.

Mistrzem Polski może zostać drużyna, która zdobyła mniej punktów, czyli w skali sezonu była gorsza od wicemistrza. A z ligi może spaść zespół, który był lepszy od tych, które zostały. Wystarczy, żeby spadkowicz miał szczyt formy na przełomie lutego i marca, a ten, który się cudem utrzymał, na przełomie kwietnia i maja. Nie powinno to robić żadnej różnicy. Tak jak w sprintach nie wygrywa ten, kto jest najszybszy na pierwszych albo ostatnich 10 metrach, tylko ten, kto jest najlepszy na 100 metrach. Argument, że wszyscy wiedzieli przed sezonem, jaki jest system rozgrywek, jest dla mnie chybiony, bo świadomość, że jest niesprawiedliwie nie czyni od razu rozgrywek sprawiedliwymi.

Czytaj cały felieton Michała Treli na stronach Przeglądu Sportowego.