Ponad 100-letnia historia do czegoś zobowiązuje. Ale nie w Żywcu. Koszarawa, która z wielką pompą ogłaszała znalezienie nowego trenera, szybko się go pozbyła. I to w jaki sposób.

Kilkanaście tygodni trwało nim pseudodziałacze Koszarawy znaleźli następce Zbigniewa Skórzaka. Były anonse w mediach (!), były telefony do uznanych trenerów w regionie. Nikt rozsądny za 1200 złotych netto miesięcznie (ale bez grudnia, bo wtedy nie ma treningów i są święta!) nie zamierzał wchodzić w bagno.

Ale zdecydował się znany nielicznym Piotr Ozaist.

W klubie szybko zdecydowano się odtrąbić sukces. Momentalnie rozpoczeli świetowanie. Były zdjęcia na tle trybuny z uściskiem prezesa, zapowiedzi zbudowania drużyny, stworzenia atmosfery i zapełnienia stadionu.  "To były asystent Macieja Mrowca z III-ligowych czasów" - pisano. To u niego uczył się fachu. "Pokazał mi, jak być profesjonalnym trenerem na tym poziomie. Klub tętni historią i naprawdę bardzo bym chciał piąć go dalej w górę" - mówił Ozaist, który jeszcze nie wiedział co robi.

Dalej tak profesjonalnie i wspaniałomyślnie już nie było. Na treningach stawiało się po trzech zawodników, kolejni szybko uciekali z tonącego okrętu. Wiceprezes Krupiński szybko kręcił numer do poprzednich kandydatów. Jednemy oferował już 1500, byle tylko gotów był uratować upadający klub. Trudno jednak stwierdzić czego tak naprawdę oczekiwano w zarządzie klubu, po facecie mającym doświadczenie głównie w pracy z juniorami. Ale cyrk w Żywcu trwał nadal w najlepsze.

Z jednej strony zespół prowadził znaleziony "wybawca", z drugiej trwały już medialne poszukiwania następcy i dementowanie informacji o wycofaniu klubu z rozgrywek. Oliwy do ognia dolewała strona klubowa, gdzie kibice głośno domagali się zakończenia kabaretu i oskarżali zarząd o działanie na szkodę klubu "Wystawiacie nas na pośmiewisko" - pisali słusznie kibice.

Farsa zakończyła się 1 sierpnia. Po blisko trzech tygodniach ZWOLNIONY został Ozaist. Nie pożegnano się z nim z powodów osobistych, nie pozwolono mu podać się do dymisji. Nikt nie uprawiał dyplomacji na siłę. Po prostu wyrzucono go, bo znalazł się ktoś nowy, kto tym razem być może faktycznie zapewni drużynie odpowiedni poziom sportowy. Zrobiono krzywdę jemu, ale najbardziej ucierpiała marka klubu. Jeden z najstarszych klubów na południu Polski przez trzy tygodnie zniweczył tradycję i rozmieniał lata wysiłku na drobne. Wszystko za przyzwoleniem, a często przy czynnym udziale władz Koszarawy.

Teraz nie dziwię się dlaczego w Żywcu władza nie chce dawać na sport. Kto chciałby dotować taki cyrk?

Bartłomiej Kawalec