Nie jestem kaznodzieją, nie będę moralizował. Ale jestem dziwnie spokojny, że Kubicki planowanej kariery nie zrobi. Wygląda na to, że jest za małym człowiekiem. Takim, który, gdy ostatni zgasić światło, kiedy okręt utonie, wskoczył w ponton i wygodnie dopłynął do plaży, z której macha zawiedzionym chłopakom, którzy zostali.?

"Kubicki jest inny. Tak go najłatwiej scharakteryzować. Inny. Nie będzie miał przyjaciół wśród piłkarzy, to na 100 procent. Nie chciałbym współpracować z takimi ludźmi. Do zawodnika trzeba mieć odpowiednie podejście. Kuba umie pożartować, lubi to, ale za poważnie podchodzi do zawodu trenera. Gdyby zadał sobie pytanie, czy przez ostatnie dwa lata jakikolwiek piłkarz zgłosił się do niego z jakimś problemem, łatwo znalazłby pewnie odpowiedź - ani jeden. To nie przypadek.

Wiem dobrze, że wielu piłkarzy na myśl, że kiedyś Kubicki zastąpi Okukę, ogarniało przerażenie. Zastanawiali się, gdzie zwiewać. Nie chcę, żeby wyszło na to, iż Kubicki się nie nadaje. Nadaje się. Ma pojęcie o trenerce, nawet narzucał swój styl pracy Dragomirowi Okuce. Przez całe życie najlepsze rozgrzewki miałem właśnie u Kuby - piłka zamiast śmiesznych przebieganek. Tylko żeby on nie był tak z piłkarzami "na nie". Żeby stał się normalny.

Ma ambicję, ma samozaparcie, ma też zmysł trenerski. Tylko o relacjach międzyludzkich nie ma pojęcia."

To słowa Wojciecha Kowalczyka z jego autobiografii ?Kowal?. Kowal poznał Kubickiego dobrze, wszak najpierw grał z nim w jednej drużynie, a później doświadczył relacji trener-piłkarz. I w momencie zatrudniania Kubickiego sobie o nich przypomniałem.

Miałem je w głowie za każdym razem, gdy z szatni dochodziły sygnały o tym, że to ?taki cwaniaczek, który tylko mówi z kim to nie grał i gdzie?. Gdy mówili, że opowiada ?tylko o tym, że grał przeciwko Beckhamowi i Giggsowi?.

Od rozpoczęcia rundy wiosennej można było jednak zwracać uwagę bardziej na słowa Kowalczyka o Kubickim jako dobrym trenerze. Dziś na pierwszy plan wysunął się Kubicki-człowiek.

Wiem, że pracować w Podbeskidziu to nie jest szczyt marzeń dla nikogo i wpisywać sobie w życiorys spadku z ekstraklasy też nikt raczej nie lubi. Ale skoro się Kubicki tego podjął, skoro w styczniu mu położenie klubu nie przeszkadzało, to teraz też nie powinno to mieć żadnego znaczenia. Trudno. Podjąłeś się, to później choćby Real Madryt prosił, o ile masz za grosz przyzwoitości, nie możesz zawieść człowieka, który dał ci szansę.

Nie chcę tu prawić moralizatorskich kazań, ale wyobrażam sobie jak źle musi się czuć teraz Wojciech Borecki. Prezes odgrzebał gdzieś ze śmietnika historii trenera, który nie pracował w ekstraklasie pięć lat, którego sukcesy szkoleniowe były wątpliwe i mocno przebrzmiałe. Świeższe były za to jego problemy z prawem. I Borecki podał temu człowiekowi rękę, choć otoczenie raczej zachwycone nie było. Co więcej, od pierwszego meczu sytuacja diametralnie się zmieniła. Kubicki już zaczął zyskiwać miano cudotwórcy, już go doceniano, już pismaki, Trele-morele odszczekiwały. I w tym momencie, kiedy przysypany w kopalni górnik zaczął odzyskiwać przytomność i kopać rękami tunel, nastąpiło drugie tąpnięcie. Dobijające.

Wszystkie klęski spadają na Podbeskidzie w tym sezonie. Jeśli ci zawodnicy jakimś cudem by się z tego wydźwignęli, będą największymi bohaterami. I - jak mawia Jacek Trzeciak - będą ?megakozaczkami?. Bo w tym momencie, to jak kopią piłkę ma mniejsze znaczenie. Ważniejsze, żeby potrafili się podnieść. Dostali cios w plecy. Trener opowiadał, jak to wierzy, jacy oni mocni, jaki mają potencjał, by czmychnąć po czterech meczach. CZTERECH!

Michał Trela (autor jest dziennikarzem SportSlaski.pl)