Rzadko kiedy zdarza się taki rozdźwięk. Zwykle - nie licząc ortodoksyjnych fanatyków - mecz, jaki jest, każdy widzi. W przypadku zabrzańsko-bielskich Derbików, działo się coś dziwnego.

Niektórzy widzieli w tym spotkaniu coś interesującego! Nie wiem, naprawdę nie wiem, o co chodzi. Ja widziałem, owszem, kilka ciekawych rzeczy. Cała ekipa porządkowych najpierw skwapliwie zamiatała, a potem odkurzała zielony dywan na zabrzańskiej trybunie. Ochroniarze chodzili po nowych trybunach, szukając czegoś, jakby bomby. Ale żeby coś ciekawego było na boisku? Ktoś ponoć coś widział. Brylowała w tym przede wszystkim telewizja Polsat. Mecz widziałem na żywo ze stadionu, więc z naturalnych przyczyn nie słyszałem, co też tam opowiadano, ale ponoć jeszcze nigdy Podbeskidzie nie było tak chwalone. Ochy i achy, zachwyty. Co więcej, po zejściu z wizji, zarówno Bożydar Iwanow, jak i Jan Żurek powtórzyli z entuzjazmem, jak znakomity to był mecz. Bez ironii.

Iwanow napisał w felietonie na portalu sportowebeskidy.pl, że to najlepsze spotkanie Podbeskidzia, jakie widział na żywo, co nasuwa wątpliwości czy widział jakieś inne niż przegrane z Bełchatowem 0:6 i Górnikiem 1:3 na jesień. Ktoś pod stadionem, słysząc, że Żurek był pod wrażeniem, stwierdził natomiast, iż na co dzień pracuje z graczami LZS-u Piotrówka, więc siłą rzeczy ekstraklasa wywołuje w nim podziw. Może coś w tym jest.

Gdy czytałem wpisy oburzonych czytelników, którzy uważali, że mecz był całkiem ciekawy, szczerze zastanawiałem się czy Polsat nie transmitował przypadkiem Borussii z Malagą.

Co innego jednak było w Derbikach ważne. Podbeskidzie, bodaj pierwszy raz w tym sezonie, potrafiło wygrać, grając kaszanę. Zazwyczaj, żeby wygrać, potrzebowało totalnie zdominować rywala. A tu - mecz na remis i nagle trzy punkty dla bielszczan. To dobrze wróży, bo w taki sposób bardzo rzadko wygrywają spadkowicze. Przyszłych spadkowiczów zwykle da się zauważyć przez to, że przez cały sezon wiatr im wieje w oczy (jak Bełchatowowi w sobotę). OK, zgodzę się, że obrona Podbeskidzia może i dobrze wyglądała, ale mam wrażenie, że jak rywal niespecjalnie próbuje zagrozić, to i obrona Jagiellonii wyglądałaby dobrze. Do defensywy nie ma się jednak o co przyczepić, bo Zajac przynajmniej nie musiał interweniować. Jednak jeśli chodzi o grę do przodu, bywały już w Bielsku, w tym sezonie dużo lepsze mecze. Nawet genialny Robert Demjan akurat w sobotę zagrał jak na siebie bardzo przeciętnie.

Postawa Górnika była natomiast dość łatwa do wytłumaczenia. Jak się ma w środku pola Krzysztofa Mączyńskiego, na skrzydle Grzegorza Bonina, a wynik ratuje się Tomaszem Zahorskim, to trudno oczekiwać czegoś innego niż przegrywanie pięciu spotkań na wiosnę. Samochodem z zaciągniętym ręcznym, zepsutym gazem i przebitymi oponami też się dość trudno jeździ.

Dziwne było właściwie tylko jedno. Co wyprawiał Mariusz Magiera? Kandydat na reprezentacyjnego lewego obrońcę prezentował się fatalnie jak reszta drużyny, a dotychczas rzadko schodził poniżej przyzwoitego poziomu.

To jednak, jakie były wrażenia estetyczne, ma w tym momencie najmniejsze znaczenie. Wymęczyliśmy się na trybunach, wynudziliśmy się za wszystkie czasy, gdyby to widział Dariusz Michalczewski, to rzuciłby nie jedną ?k...ą?, tylko całą wiązanką. Ale to wszystko nieważne. Podbeskidzie traci teraz pięć punktów do fatalnie grającej Pogoni. Pięć! Przed nimi jeszcze bezpośredni mecz, więc ?Górale? naprawdę mogą dokonać niemożliwego. Dotychczas takie straty odrabiała tylko Dyskobolia Grodzisk Wielkopolski, tyle, że zdecydowaną większość spotkań kupowała.

A, korupcja. Od zamieszania wokół meczu Zawisza-Arka, nagle się wszyscy ?obudzili?. Lewiński partaczył już niejedno kopnięcie, ale dopiero po korupcyjnym doniesieniu, przestano w tym upatrywać nieudolności, a zaczęto celowości. Podbeskidzie zaczęło wygrywać, więc na wszelkiego rodzaju forach widzę, że Górnik i Ruch puściły mu mecz (ten ostatni chyba żeby samemu spaść). Jakby nie było wiadomo, że ta nasza liga po prostu tak wygląda. Gdyby Lewiński chciał podać do Peskovicia tak jak w meczu z Podbeskidziem, to na pewno by mu nie wyszło. Tu niewiele trzeba. Jeśli ostatnia drużyna dobrze kontruje i w miarę sensownie stoi w obronie, to prawdopodobnie jest w stanie ograć każdą drużynę w Polsce.

Dlatego przeraża mnie, że mamy w pucharach aż cztery miejsca. To oznacza konieczność wysłania na lanie do Kazachstanu kogoś z czwórki Śląsk, Wisła, Piast, Górnik.

?Ale można oczywiście obejrzeć mecze tych zespołów, zaklinać rzeczywistość i zachwycić się jak komentatorzy Polsatu, a latem się zdziwić, że poziom europejskiej piłki tak się wyrównał i na kontynencie nie ma już słabych drużyn.

Michał Trela (autor jest dziennikarzem SportSlaski.pl)