 Nie brak w Bielsku-Białej miejsc, gdzie można dobrze i niedrogo zjeść. Dotychczas brakowało jednak przewodnika po lokalach gastronomicznych. Nasi dziennikarze składają niezapowiedziane wizyty w wybranych restauracjach. Dziś - restauracja Jedynka.
Z miesiąca na miesiąc ubywa w całym kraju miejsc, w których można zjeść to, czym raczyły się nasze mamy i babcie. Tę smutną tendencję odczuwamy na własnych żołądkach także w Bielsku-Białej. Symbolem upadku polskich obyczajów kulinarnych są restauracje, w których podaje się kanapki. Jak grzyby po deszczu powstają lokale serwujące różne pizze, szaszłyki i kebaby. Schabowy i bigos są wypierane przez dania kuchni międzynarodowej.
W zabytkowej kamienicy
Azylem dla polskiej kuchni jest od niespełna roku restauracja „Jedynka” u zbiegu ulic 11 Listopada i Wyzwolenia. Apetyt pobudza samo spotkanie ze stroną internetową lokalu, która obiecuje klientom comber jagnięcy i misę różnych gatunków krajowych ryb. Ze ślinką spływającą po brodzie pospieszyłem tedy do „Jedynki” i oczekując na rozkosze podniebienia, zająłem się studiami nad historią budynku, w którym się znalazłem.
Kamienica pochodzi z XIX wieku i w przeszłości pełniła funkcje mieszkalne. Pod okiem konserwatora zabytków została odrestaurowana i zaadaptowana do nowych potrzeb. Kilka wojen i PRL przetrwały m.in. drewniane schody łączące parter z pierwszym piętrem. Ponad 150 lat mają też niektóre drzwi wewnętrzne. Restauracja posiada trzy sale na parterze, z czego dwie dla gości niepalących, oraz anteresolę nad salą barową, skąd roznosi się widok na dolny parkiet do tańca.
Na piętrze do dyspozycji gości oddano dwie przepięknie odrestaurowane sale bankietowe, w których organizowane są przyjęcia weselne nawet dla stu osób. Dla zakochanych par, które cenią intymność przeznaczony jest samotny stolik na antresoli. To urokliwe miejsce połączone jest bezpośrednio z balkonem, z którego rozciąga się widok na ulicę 11 Listopada. Restauracja dysponuje jedynym w okolicy ogródkiem na trawie (stoliki w sąsiedztwie spoczywają na drewnianych podestach ustawionych na bruku). W weekendy czynny jest grill, w którym przyrządzane są pełne dania obiadowe.
- Na każdy dzień tygodnia przygotowaliśmy inną atrakcję - chwali się kierownik restauracji Sebastian Kozieł. - Np. w poniedziałki jest to 10 proc. rabat na obiad dla wszystkich gości. Niedzielne wieczory natomiast rezerwujemy dla rodzin. Każda rodzina, która odwiedzi nas w godz.17-20, nagrodzona zostaje rabatem wprost proporcjonalnym do jej wielkości. Gramy muzykę dla gości w każdym wieku. Aby potańczyć, nie trzeba płacić za wstęp.
Muszę czekać tydzień
Gdy podchodzi kelner, przeżywam pierwsze tego wieczora rozczarowanie. Okazuje się, że na comber jagnięcy (45 zł) musiałbym czekać... tydzień. Kelner grzecznie wyjaśnia, że jest to jedyne danie specjalne w menu, które trzeba zamawiać z kilkudniowym wyprzedzeniem. Na życzenie gości mięso przywożone jest aż z Podhala. Można zamówić tylko kilka porcji, wprost na niedzielny obiad rodzinny.
Muszę przyznać, że tego dnia byłem zbyt głodny, aby długo czekać. Z karty wybrałem więc kolejne królewskie danie, które zwabiło mnie do lokalu przy Wyzwolenia - półmisek rybaka (60 zł). Czas oczekiwania na pieczyste skróciłem sobie nad sałatką z fetą i pomidorami (12 zł) oraz borowikami w śmietanie (12 zł). Kelner chwali, że feta oryginalna, lecz dopóki kucharz nie zacznie solić z umiarem, o przystawce lepiej zapomnieć.
Ale borowiki - bajka! Przyprószone zieloną pietruszką grzybki są duszone na sposób lekko twardy, a sos śmietanowy przyprawiony jest z rozwagą. Kelner podaje mi świeże pieczywo, które przed chwilą wyjęto z pieca pizzowego. Ale uwaga, o tego rodzaju dodatek trzeba wyraźnie poprosić! W karcie dań - nie istnieje.
Z przystawek w menu spotykam takie specjały, jak oscypek grillowany z boczkiem (12 zł) lub żurawiną (10 zł) i łososiową fantazję (ryba, pepperoni, sos winegret - 15 zł). W składzie sałatki greckiej (12 zł) dostrzegam tajemniczy sos. Jak dotąd żyłem w przekonaniu, że do tej prostej potrawy wystarczy dodać oliwy...
Czterech panów nad półmiskiem
W karcie odnajduję kolejny rarytas kojarzony z kuchnią naszych babć - cielęcinę (24-29 zł). Korzystając z okazji, zamawiam duszoną w jarzynach, którą w „Jedynce” podaje się w towarzystwie szyszek ziemniaczanych oraz buraczków. Gdy kończę degustację, jestem na pół usatysfakcjonowany. Jeden z dwóch kawałków mięska okazał się być twardawy, co może oznaczać, że został zbyt wcześnie wyjęty z rondla. Warzywa - na odwrót. Kucharz najpewniej zapomniał o nich, przez co są zbyt miękkie. „Jedynka” serwuje też cielęcinę z szynką parmeńską, sznycel cielęcy z pieczarkami oraz medaliony cielęce w sosie kremowym.
Na stole pojawia się danie główne, a ja łagodnieję niczym baranek. Na dużym półmisku rybaka znajduje się pstrąg, sandacz, dorsz i łosoś. Wszystkie ryby - oprócz dorsza, który jest gotowany - są przyrządzane na grillu. Podaje się je z ryżem, sałatką z pomidora i ogórka oraz warzywami z wody (al dente!). Jest to uczta zarówno dla żołądka, jak dla oka, którą z czystym sumieniem polecam każdemu smakoszowi owoców polskich wód słodkich tudzież słonych.
Osoby preferujące dania mięsne w wersji przypominającej kuchnię naszych babć wybierać mogą pośród takich frykasów, jak: udko z kurczaka - 16 zł, golonka kładziona na kapuście (z pieczywem) - 5 zł/100 g, rolada wieprzowa (z kluskami śląskimi) - 17 zł, żeberko pieczone - 15 zł, schab przekładany szynką, pieczarkami i boczkiem - 17 zł, kotlet schabowy (18 zł), bitki wieprzowe w sosie słodko-kwaśnym - 20 zł.
Specjalnością lokalu jest schab z dzika po królewsku (39 zł) kładziony na placku jajecznym i polany sosem myśliwskim. Moją uwagę zwraca akcent grzybowy kilku potraw. Jest to m.in. stek w sosie borowikowym (38 zł) oraz polędwiczki drwala (29 zł) z tymże sosem. Konsumenci lubujący się w biesiadach nie pogardzą półmiskiem szefa kuchni, na którym odnajdą polędwiczki wieprzowe, schab, pierś z kurczaka, karczek, 17 pierogów oraz warzywa i ziemniaki z grilla. Z porcją za 105 zł może śmiało zmierzyć się czterech rosłych panów.
Co zrobić, żeby nie usnąć?
Polska kuchnia, choć smaczna, nie jest przesadnie zdrowa. Aby po wyjściu z restauracji szybciej zapomnieć o kaloriach i cholesterolu, warto pamiętać przynajmniej o zdrowym napoju. W „Jedynce”, jak rzadko gdzie, można wybierać wśród koktajli na świeżych owocach (14-16 zł). Są to w szczególności health farm (melon, banan, sok ananasowy, sok pomarańczowy, miód) albo fruit squash (truskawki, ananas, kiwi, syrop z marakui, sok pomarańczowy). Za dwulitrowy dzban świeżego soku owocowego zapłacimy 15 zł.
Na deser nadaje się świetnie jabłko pieczone z żurawiną (9 zł). Następnie - gdy pogoda dopisuje - trzeba czym prędzej wyjść na powietrze, by po obfitym posiłku zaczerpnąć oddechu. Żeby nie usnąć na słoneczku, zamawiamy frappe (9 zł). Napój orzeźwiający złożony z mleka, zimnego espresso, kruszonego lodu, bitej śmietany i syropu cukrowego pochodzi wprawdzie znad Morza Śródziemnego, ale naszym przodkom z pewnością przypadłby do gustu.
„Jedynka” znana jest w Bielsku-Białej z niezłej pizzy (11.50-32.90 zł). W lokalu przy Wyzwolenia można pogrymasić przy dodatkach do ciasta. Są to tuńczyk, małże, krewetki, ale też szparagi, karczochy, szpinak, brokuły czy jajka.
Bar w restauracji jest bardzo obficie zaopatrzony. Jest duży wybór mocnych alkoholi, dwa rodzaje piwa z beczki (Tyskie i Pilsner), a barman miksuje wymyślne drinki. Mnie zabrakło wina. Niestety, gatunki, na które zdecydował się właściciel nie są w stanie zadowolić nawet przeciętnego smakosza.
Restauracja „Jedynka” – Bielsko-Biała, ul. Wyzwolenia 12 a. Czynne codziennie od godz.11 do ostatniego gościa.
xxx
Robert Kowal |