Wypowiedzenia dla nauczycieli, likwidacja szkół, przenoszenie klas... Taki czarny scenariusz zmian w bielskim szkolnictwie kreślą rodzice uczniów uczęszczających do szkół w Bielsku-Białej. W Miejskim Zarządzie Oświaty wyjaśniają, że nie zanosi się na żaden Armageddon, a reforma jest niezbędna, gdyż wydatki na oświatę z roku na rok pochłaniają coraz większą część miejskiego budżetu.
 
Do naszej redakcji zgłosili się zaniepokojeni rodzice uczniów Zespołu Szkół Samochodowych i Ogólnokształcących w Bielsku-Białej. Skarżyli się, że miasto chce „wyrzucić” ich dzieci ze szkoły! Ściślej mówiąc, przenieść z budynku, w którym placówka znajduje się obecnie (przy ul. Filarowej), do obiektów „przemysłówki” przy ul. Sixta. Wolne miejsce na Filarowej miałby zająć - według informacji rodziców - „hotelarz” (Technikum Hotelarstwa i Turystyki) i „gastronom” (Zespół Szkół Gastronomicznych i Handlowych). Miałby to być tylko początek planowanych zmian.
 
 - Mieliśmy ostatnio spotkanie z przewodniczącym komisji edukacji, ale pan Jan Dzida nie przyjmował naszych argumentów - mówi jedna z mam. Tłumaczy, że „samochodówka” liczy sobie 24 oddziały, a w "przemysłówce" jest obecnie 12 oddziałów. Budynek przy Filarowej będzie więc niewykorzystany, tymczasem uczniowie ZSS będą się „gnietli” na Sixta. Rodzice podkreślają, że obecna siedziba szkoły jest dobrze przystosowana do zajęć praktycznych - ma warsztaty, kanały, samochody i inne przydatne pomoce dydaktyczne. W nowym miejscu tego nie będzie.
 
Chwilowo ściśle tajne
 
Skontaktowaliśmy się z zastępcą dyrektora MZO, Januszem Kapsem i z rzecznikiem bielskiego magistratu Tomaszem Ficoniem. Póki co, urzędnicy nabierają wody w usta, tłumacząc, że projekt jest w wersji roboczej, w fazie konsultacji. Zanim nie będzie znana jego ostateczna wersja, nikt nie chce się w tej sprawie wypowiadać w szczegółach.
 
 - Rzeczywiście, przygotowujemy projekt reorganizacji bielskiego szkolnictwa - wyjaśnia dyr. Kaps. - Na razie jest on przedstawiany osobom najbardziej zainteresowanym, czyli dyrektorom szkół (wicedyrektor MZO nie chciał nam zdradzić, których dyrektorów sprawa dotyczy bezpośrednio - przyp. red.). W poniedziałek radni zostali zapoznani z projektem. Jego opracowywanie ma potrwać do końca tygodnia. Następnie będzie podany do informacji publicznej i wtedy można rozmawiać o szczegółach. Teraz czekamy na uwagi, sugestie i będziemy modyfikować projekt.
 
Mimo tej aury tajemniczości, dowiedzieliśmy się, że celem reformy jest redukcja wydatków na szkolnictwo w mieście (o problemach finansowych bielskiej oświaty pisaliśmy w artykule Zaciskanie pasa w oświacie). Bo pomimo że dzieci jest coraz mniej, na edukację gmina przeznacza każdego roku coraz wyższe kwoty.
 
Pieniądze, których nie ma
 
 - Naszym zdaniem proponowane zmiany są dobrym rozwiązaniem - twierdzi dyr. Kaps. - Reforma jest konieczna. Oto przykład: w 1999 roku było 288 oddziałów gimnazjalnych, a w tym nie ma nawet 200. Tymczasem liczba szkół jest taka sama.
 
Janusz Kaps przyznaje, że reforma jest sprawą dyskusyjną. Jej krytycy podkreślają, że skoro oszczędności mają być względnie niewielkie (z nieoficjalnych źródeł wiemy, że mówi się o kwocie 3,5 mln zł), to po co w ogóle robić całe zamieszanie. Wicedyrektor MZO przypomina jednak o dziurze w budżecie Bielska-Białej. Reformatorom chodzi o to, aby nie wydawać pieniędzy, których i tak nie mamy. Dlatego liczy się każda kwota.
 
Nie udało nam się ustalić, jakie szkoły będzie dotyczyła reforma. Od rodziców bielskich uczniów dowiedzieliśmy się, że na poważne zmiany powinny się przygotować m.in. Zespół Szkół Samochodowych i Ogólnokształcących, Technikum Hotelarstwa i Turystyki, Zespół Szkół Gastronomicznych i Handlowych, Zespół Szkół Elektronicznych, Zespół Szkół Elektronicznych Elektrycznych i Mechanicznych przy ul. Słowackiego oraz Liceum Ogólnokształcące nr 4 im. KEN. W rezultacie przenoszenia i „upychania” szkół najprawdopodobniej opustoszeje kilka budynków. Część zagospodaruje MZO, a pozostałe będą do dyspozycji miasta. Wszystkie ewentualne zmiany zostaną wprowadzone od września 2012 roku.
 
Strach przed redukcją zatrudnienia
 
Dyrektor Kaps przestrzega przed paniką. Tłumaczy, że postawa typu „nie, bo nie” w dyskusji nie pomaga. Wiadomo, że każda zmiana powoduje niepokój i wątpliwości, ale należy podchodzić do sprawy merytorycznie. Jako przykład emocjonalnego traktowania problemu podaje argumenty rodziców uczniów „samochodówki”, którzy przekonują, że w konsekwencji ewentualnej przeprowadzki zabraknie szkole zaplecza warsztatowego. Zdaniem urzędnika, w razie konieczności przeprowadzki do gmachu przy ul. Sixta, uczniowie będą mogli korzystać z doskonałej bazy remontowanego właśnie Centrum Kształcenia Ustawicznego i Praktycznego przy ul. Piastowskiej.
 
Być może deklaracje dyrektora uspokoją rodziców, a radnych przekonają do głosowania za przyjęciem projektu reformy, który podsuną im urzędnicy prezydenta Jacka Krywulta. Niektórzy nauczyciele boją się natomiast, że od września 2012 roku stracą prace. Ich obawy są chyba uzasadnione, bo jak powiedział nam Janusz Kaps, każda zmiana związana jest z dyskomfortem dla określonej grupy osób.
 
Magdalena Dydo