Zdaniem władz miasta, zadłużenie bielskiego szpitala jest problemem dyrekcji tej placówki. Tymczasem dyrektor Rafał Muchacki przekonuje, że jego zadaniem jest przede wszystkim troska o dobro chorego. Czy na urzędniczym konflikcie w sprawie Beskidzkiego Centrum Onkologii-Szpitala Miejskiego ucierpią pacjenci?

W listopadzie 2011 roku starosta bielski Andrzej Płonka i prezydent Bielska-Białej Jacek Krywult podpisali porozumienie o połączeniu Beskidzkiego Centrum Onkologii i Szpitala Miejskiego. Obecnie szpital funkcjonujący w trzech budynkach dysponuje 464 łóżkami, w których w 2015 roku hospitalizowano blisko 29 tys. pacjentów i udzielono ok. 132 tys. porad specjalistycznych. Placówka bardzo dobrze realizuje swoje zadania medyczne, ale popada w coraz większe kłopoty finansowe.

Ryzyko egzekucji zobowiązań

Systematycznie rosnące przychody placówki, która w zeszłym roku zarobiła 123,3 mln zł (w 2012 roku było to 99,3 mln zł) nie wystarczają na jej zbilansowanie. Tylko w 2015 roku BCO-SM wydało ponad 140 mln zł, przy 114,4 mln zł wydatków w 2012 roku. Od chwili fuzji placówka notuje na działalności leczniczej milionowe straty. W ciągu pierwszych czterech miesięcy tego roku strata szpitala wyniosła ok. 6,5 mln zł, czyli tyle, ile zakładał plan na… cały rok.

Zadłużenie placówki wynosi obecnie ok. 64 mln zł (w ub. roku bielska gmina umorzyła pożyczki na sumę 14,65 mln zł). W kwocie wymagalnych zobowiązań krótkoterminowych długi przeterminowane powyżej 60 dni wynoszą 24,1 mln zł, w tym powyżej 180 dni - 7,2 mln zł. Ale zadłużenie nie jest efektem zaniedbań ostatnich miesięcy. Już pięć lat temu, w momencie połączenia obu placówek, długi BCO wynosiły ok. 22 mln zł, a Szpitala Ogólnego blisko 28 mln zł.

 - Dodatni wynik finansowy osiągnięty za 2015 rok [dzięki umorzeniu pożyczek - przyp. red.] nie poprawił płynności finansowej szpitala i w dalszym ciągu występuje ryzyko całkowitej niewypłacalności. Szczególne niebezpieczeństwo stanowi ryzyko egzekucji zobowiązań oraz ponoszone przez szpital koszty obsługi zadłużenia. W związku z dramatyczną sytuacją finansową placówki, wielokrotnie zwracałem się do dyrektora BCO-SM z oczekiwaniem szybkich i zdecydowanych działań restrukturyzacyjnych - mówił prezydent Jacek Krywult na wtorkowej sesji Rady Miejskiej.

Nikt nie odejdzie z kwitkiem

Zdaniem prezydenta Bielska-Białej, przedstawiony przez szpital program restrukturyzacji „należy uznać za niewystarczający, zbyt asekuracyjny lub oparty na wątpliwych założeniach”. W emocjonalnym wystąpieniu na sesji do zarzutów prezydenta odniósł się dyrektor Rafał Muchacki, który zaprzeczył jakoby placówka była źle zarządzana. Na przygotowanie merytorycznej odpowiedzi na krytykę nie miał dość czasu, gdyż kopię opracowania, którym posłużył się prezydent, otrzymał w przeddzień sesji.

W rozmowie z naszym portalem dyrektor BCO-SM zapewnił, że w najbliższym czasie prześle przewodniczącemu Rady Miejskiej Jarosławowi Klimaszewskiemu pismo, w którym merytorycznie odpowie na zarzuty. Zdaniem Rafała Muchackiego, źródłem problemów finansowych szpitala są stare długi. - Gdy w 2011 roku podejmowano decyzję o fuzji szpitali, zakładałem, że powstająca placówka medyczna zacznie działalność finansową od zera. Tymczasem nowy szpital musiał spłacać stare zadłużenie.

Nie jest tajemnicą, że mniej więcej od trzech lat narasta różnica zdań pomiędzy dyrektorem a prezydentem miasta w kwestii bieżącego zarządzania placówką oraz wizji jej rozwoju. Rafał Muchacki wylicza, że kwota przekazana w 2016 na funkcjonowanie placówki stanowi zaledwie 0,15 proc. wydatków budżetu miasta. - To bardzo niewiele - podkreśla nasz rozmówca i zapewnia, że dopóki będzie dyrektorem szpitala, dopóty żaden pacjent nie zostanie odesłany z kwitkiem.

***

 - Przeciętny bielszczanin nie wie ile pieniędzy miasto przekazuje szpitalowi. I nie musi wiedzieć. Dla niego najważniejsze jest to, czy placówka zapewni mu właściwą diagnostykę, a w razie potrzeby - leczenie na odpowiednim poziomie. Obecnie może mieć takie przekonanie - kończy dyrektor BCO-SM w Bielsku-Białej.

Bartłomiej Kawalec