Jest skromnym człowiekiem, ukończył zaledwie kilka klas szkoły podstawowej. Od przeszło trzydziestu lat pisze pamiętnik, w którym odnajdziemy, krok po kroku, jego walkę o założenie, a później utrzymanie Muzeum Literatury im. Władysława St. Reymonta w Bielsku-Białej. Tadeusz Modrzejewski zgodził się, abyśmy przeczytali jego wspomnienia.

Muzeum Literatury w Bielsku-Białej jest znane w kraju i na świecie. Bielszczanie doskonale kojarzą postać Tadeusza Modrzejewskiego, ostatniego skryby, jak często bywa nazywany, w Polsce, który od ponad trzydziestu lat spisuje pamiętnik. Do tej pory nikt obcy do niego nie zaglądał. Nam udało się dotrzeć do oryginałów. Ciekawa lektura dla fanów właściciela muzeum i interesujące studium człowieka, który rzucił wygodne życie i ciepłe posady, aby pójść w nieznane.

Lata 80. XX wieku

Pamiętniki spisuje od 1984 roku. Na pierwszych stronach wspomina czasy dzieciństwa i młodości. Miał dziesięć lat, gdy przyśnił mu się sen. - Spotkałem w nim mężczyznę w okularach, który pokazywał mi dwa światy. I bramę, która je oddzielała. Pierwszy, ten normalny oznaczał zgodę na wszystko, na niedolę i pogodzenie się z własnym losem.

Myślał wtedy o podjęciu nauki w bielskim Plastyku. Zatrudnił się w Zakładzie Przemysłu Wełnianego „Merilana”. - Kiedy pokazałem wszystkie swoje oszczędności, to sekretarka w liceum plastycznym spojrzała na mnie z politowaniem. Już wiedziałem, że nie ma tam dla mnie miejsca. Lepiej nawet nie zaczynać.

Pracował i dalej śnił. W 1987 roku przyznaje: - Kiedy sen jest ciekawy, trudno się obudzić. Przeciąga się jak najdłużej, żeby tylko wyrwać jawie jedną chwilę.

Obietnica

26 maja 1982 roku, po obejrzeniu Chłopów w reżyserii Jana Rybkowskiego, złożył obietnicę, że nie spocznie dopóki nie przepisze wszystkich książek Reymonta. - Usiadłem przy stole, położyłem na blacie książkę. Na obwolucie zobaczyłem napis Władysław Reymont - „Chłopi” i zdjęcie, które na kilka sekund zmroziło krew w moich żyłach. To był mężczyzna z moich snów. Przedstawiało człowieka, którego znałem od lat. Już wiedziałem, co robić.

Tadeusz doszukuje się podobieństw z Władysławem Reymontem. - Urodziłem się 8 czerwca, Reymont 7 maja - jeden dzień i miesiąc różnicy. Obydwaj mieliśmy konflikty z ojcem. Reymont też próbował malować i rysować i zrobili z niego krawca, a ze mnie tkacza. Reymont interesował się spirytyzmem, a ja również śniłem, że leżę w grobie i psuję się i widzę - jak przez szkło - ludzie składają kwiaty. Śnił mi się wypadek kolejowy sprzed stu lat. Ja też tam byłem.

Sen o aktorze Władysławie Hańczy

 - Podszedłem do niego i powiedziałem: - Ja przecież o Was pamiętam, często jeżdżę na Powązki, tylko Pana grobu znaleźć nie mogę. - Wiem o tym - odpowiedział aktor-Boryna. Wtedy postanowiłem raz jeszcze spróbować. Kupiłem bukiet goździków, pojechałem do Warszawy i znalazłem grób.

Melancholia

Pracował na trzy zmiany, po czym powracał do domu, aby kontynuować dzieło. - Albisia jest taka radosna. Czuję, że rozumie moje pasje i zaangażowanie. Nie robię tego dla pieniędzy czy sławy. To nie byłoby w porządku wobec Mistrza.

Powoli zapomina o sprawach doczesnych. Pojawia się melancholia. - Niepokoją mnie te półsny. To przedziwne uczucie, które wywołuje u mnie niepokój. Tak jakbym zastygł bez ruchu i widział to, co ma nastąpić, ale nic nie mogę zrobić. Najdziwniejsze jest to, że wszystko się sprawdza. Tak było ze śmiercią mojego brata. Gdzie jesteś melancholio, moja nieodłączona towarzyszko? Bez ciebie nie ma nic. Gdzie podziały się sny? Dzięki wam mogę tworzyć - pisze za każdym razem, gdy czuje, że opuszcza go natchnienie.

Na skraju ubóstwa

 - Już się przyzwyczaiłem. Do tych mrozów w zimie, do tego, że nie mam prądu. Ludzie przynoszą świeczki. Dziś dostałem cały karton. To miłe, że ktoś o mnie pamięta. Męczy mnie trochę ten brak ubezpieczeń zdrowotnych. Podupadam na zdrowiu. Coraz gorzej się czuję. Czasami dłonie odmawiają posłuszeństwa. Atrament w kałamarzu znów zamarzł. Podobnie jak piasek w klepsydrze. To chyba jakiś znak (grudzień 2010).

Sny o lataniu

 - Ostatnio widziałem planety i nasze Słońce z bliska. Były na wyciągnięcie ręki. Latałem w przestworzach i czułem jedność z całym kosmosem. Towarzyszył mi Mistrz. To było uczucie, którego nie da się opisać.

***

Tadeusz Modrzejewski zastanawia się nad wydaniem pamiętników. Być może dzięki nim jego działania zostaną lepiej zrozumiane przez tych, którzy odwiedzają muzeum. - Docenią mnie chyba, gdy odejdę na zawsze z tego świata. Mam jeszcze trochę do zrobienia. Pozostało kilka dzieł Reymonta, które muszę przepisać. 

Wyboru wpisów dokonała: Katarzyna Górna-Oremus