Bezpłatne mieszkania dla ubogich. Lokatorzy na łasce urzędników miejskich
Lata 30. ub. wieku okazały się niezwykle trudne dla wielu mieszkańców Białej. Nie każdy potrafił odnaleźć się w nowej, powojennej rzeczywistości. Władze różnych szczebli organizowały więc różnego rodzaju pomoc. Jedną z nich było zapewnienie dachu nad głową najuboższym. Miasto użyczało schronienia bezpłatnie, lecz w przypadku, gdy lokator był zdolny do pracy, musiał odpracować koszty najmu.
W aktach archiwalnych zachowała się korespondencja bialskiego burmistrza z organami wojewódzkimi oraz innymi organizacjami centralnymi. Dokumentacja dotyczy pomocy dla najbardziej potrzebujących mieszkańców Białej, którą w większości miała pokryć kasa gminna. - Stan bezrobotnych w miesiącu grudniu 1937 roku: 77 samotnych, 142 małej rodziny, 62 średniej rodziny, 29 dużej rodziny - razem 311 rodzin - informował w piśmie lokalny komitet pomocy. Już miesiąc później zasiłki otrzymywało o 100 rodzin więcej.
Groziła natychmiastowa eksmisja
Problemem był nie tylko brak podstawowych artykułów spożywczych czy opału. Niektórzy bialanie nie mieli dachu nad głową i spali w różnych miejscach w mieście. Odpowiedzią na tę potrzebę było wybudowanie tymczasowych schronisk dla rodzin bezdomnych. W czerwcu 1936 roku pod głosowanie w Radzie Miejskiej Białej poddano projekt regulaminu zamieszkiwania tych budynków.
Zgodnie z tym dokumentem, miasto użyczało schronienia bezpłatnie, lecz w przypadku, gdy lokator był zdolny do pracy, musiał odpracować koszty najmu. W jednym pokoju mogło mieszkać wiele rodzin - „w zależności od uznania Zarządu Miejskiego”. Za jakiekolwiek naruszenie przepisów groziła natychmiastowa eksmisja. Zaznaczono też, że władze miasta mogą w każdej chwili, bez podania powodu, z 14-dniowym okresem wypowiedzenia usunąć lokatorów ze schroniska.
Nocleg w stajni
Urzędnicy miejscy musieli podjąć decyzję, kto z mieszkańców jako pierwszy powinien otrzymać przydział w nowo wybudowanym przytułku. Wśród nich znaleźli się m.in. Władysław P. i Józef T. z rodzinami, którzy mieszkali dotychczas w magazynie. Inna podopieczna, Maria R. mieszkała w pralni przy ul. Asnyka, a Zuzanna T. w stajni przy ul. Komorowickiej 51.
W zależności od potrzeb i wielkości rodziny w schronisku do dyspozycji były mieszkania, pokoje oraz ogromne sale dla kobiet i mężczyzn, które najczęściej przypadały osobom samotnym. W baraku w Lipniku w 1936 roku przebywały w sumie 102 osoby.
Kozy i kury w izbie
Warunki, jakie panowały w pomieszczeniach socjalnych były dalekie od tych, które można określić mianem higienicznych. W lutym 1938 roku „Poradnia dla matek w Białej” informowała bialski magistrat, że w baraku nr 5 w Lipniku w jednym niedużym pokoju mieszkają dwie rodziny: jedna siedmio-, a druga pięcioosobowa. Między dorosłymi miało dochodzić do licznych awantur i bijatyk, co odbijało się na zdrowiu najmłodszych dzieci. Wskutek doniesienia rodziny zostały rozdzielone. Leon Ł. z żoną i dziećmi zostali zakwaterowani w pralni przy Asnyka.
O złych warunkach mieszkaniowych donosił ilustrowany dziennik „Siedem Groszy”: - W izbach zamieszkują dwie rodziny, razem 14 osób, a tu wprowadza się do nich jeszcze dalszych siedem osób. Dziennikarze zwracali uwagę, że we wspólnym pokoju spali mężczyźni, dorastające dziewczęta, mężatki, wdowy i panny, co według nich, wpływało demoralizująco na zamieszkałe tam dzieci.
Na warunki mieszkaniowe żalili się także sami lokatorzy. Do bialskiego magistratu wpłynęło pismo Ludwika Ż., który donosił, że jego lokatorka we wspólnym pokoju trzyma kury, kozy i capa. Jak tłumaczył (pisownia oryginalna): taki zmrut pochodzi iż by człowiek mógł holerę dostać. Urzędnicy przychylili się do prośby lokatora i wezwali lokatorkę do usunięcia zwierząt.
Zaraz mu łeb zetnie siekierą
Mimo że schroniska miały służyć tylko czasowemu zamieszkiwaniu, wiele osób korzystało z mieszkań przez kilka lat. Przykładem może być Rudolf W., który, jak sam napisał, od dziesięciu lat jest pensjonariuszem Domu Ubogich w Białej. Mężczyzna nie posiadał ani rodziny, ani dzieci, do pracy nie był już zdolny, dlatego musiał liczyć na łaskę miejskich urzędników. Dotychczas mieszkał z siedmioosobową rodziną, lecz gdy ją przeniesiono, jego łóżko znalazło się za oknem.
Gdy w grudniu 1938 roku urzędnik miejski udał się do lipnickich baraków w celu przeniesienia rodziny Władysława P. z zajmowanego mieszkania do zbiorowej sali, eksmitowany zagroził, że ktokolwiek waży się ruszyć jego rzeczy, to zaraz mu łeb zetnie siekierą. Słowa nie były rzucone na wiatr. Gdy tylko rozpoczęła się przeprowadzka, lokator chwycił za brzytwę i usiłował popełnić samobójstwo. Ostatecznie eksmisję wstrzymano o kilka dni. W dokumentacji nie odnotowano, czy faktycznie się odbyła.
Z każdym miesiącem liczba potrzebujących mieszkańców rosła. Na ulicach pojawiało się coraz więcej sierot przybywających do miasta z Żywiecczyzny. Organizowano różnego rodzaju doraźne akcje pomocowe, dopłacano do zakupu opału, powoływano kolejne komitety, a na łamach lokalnych gazet apelowano do mieszkańców o wspomaganie najuboższych.
Alan Jakman
Na zdjęciu tytułowym: plac przed kościołem Opatrzności Bożej w Białej, fot. M. Ćwikowska-Broda, W. Ćwikowski, Bielsko-Biała i okolice. Historia pocztówką pisana

Oceń artykuł:
34 1
Autor: Alan Jakman
Dziennikarz portalu bielsko.biala.pl
Komentarze 8
Opiekunem ubogich przez wieki był Kościół. Państwo przejęło część zadań duchowieństwa, ale nadal to Kościół jest postrzegany jako najpewniejsza i najhojniejsza instytucja w tym obszarze.

Klauzula informacyjna ›